Rozmowy przy kawie,  Wywiady

Filharmonia jest jak żagiel rozpięty nad miastem, który ciągnie Szczecin ku lepszemu.

O tajnikach pracy nad książkami, które pokochały tysiące szczecinian, rozwoju architektonicznym miasta, pasji do jazdy konnej i poszukiwania nietuzinkowych historii w rozmowie ze szczecińskim pisarzem i architektem Leszkiem Hermanem.

Anna Jakubczak – Jest Pan autorem dwóch bestsellerowych powieści. Śmiało można powiedzieć, ze obudził Pan na nowo wśród mieszkańców Szczecina miłość do naszego miasta i ciekawość do jego odkrywania.

Leszek Herman – Bardzo pochlebiło mi to, że szczecinianie kupili moją książkę. To jest bardzo przyjemne, że książka znalazła tylu czytelników, którzy chętnie ją czytają. Nawet bardziej cieszy mnie to, niż fakt, że trafiła również do rąk czytelników poza Szczecin i została tam również ciepło przyjęta. Natomiast bestsellerowa to trochę określenie na wyrost, bo ja zawsze mówię, że to niewiarygodne szczęście, że ta książka została wydana przez tak duże Wydawnictwo jak Muza. Nie wiem czy to też nie zadziałał mechanizm, że wydała ją firma warszawska o takiej renomie, a nie jakaś lokalna. I to też pomogło, że książka miała dużą reklamę. W tym aspekcie wszystko ma znaczenie.

A.J. – A spodziewał się Pan tak dużego sukcesu?

L.H. – Nie, wiadomo, że nie. Ja wciąż nie myślę takimi kategoriami. Wspominałem już wcześniej, że bałem się przy Sedinum, iż spotkam się raczej z nieprzychylnym przyjęciem. Bo wiem, że środowiska tego typu jak architektów czy historyków sztuki są bardzo mocno elitarne. Można powiedzieć, że są zamknięte, bardzo ostrożnie wyrażają różne poglądy. Jeśli ktoś przedstawia, powiedźmy rewolucyjne teorie, jak na przykład domniemania dotyczące układu Cmentarza Centralnego, czy różne historyczne teorie spiskowe to może się spodziewać jakichś ataków lub nawet tzw. Hejtu. Tymczasem nic takiego nie nastąpiło. Przyjęto tę książkę albo ciepło albo obojętnie i to mnie ucieszyło.


A.J. – Jak Pan się czuje jako szczeciński Dan Brown?

L.H. – Patrzę na to z dużego dystansu, bo wiedziałem, że ktokolwiek kto pisze thriller, w którym duże znaczenie ma historia, to nie ucieknie przed takim porównaniem. Bo to jest oczywiste, że Dan Brown wymyślił „silnik” tego typu powieści i każdy kto korzysta z podobnej narracji i budowy fabuły jest od razu do niego porównywalny.

A.J. – Co jest najtrudniejsze w pracy nad książką tego typu? Skąd czerpie Pan informacje?


L.H. – Akurat zbieranie materiałów jest bardzo przyjemne. To taka moja ulubiona część pracy, która polega na zbieraniu różnych historii, poznawaniu różnych zakulisowych opowieści, spotykaniu ciekawych ludzi, którzy opowiadają nieformalne historie pewnych nieoficjalnych wydarzeń. To wszystko jest bardzo ciekawe. Zbieranie jakiś starych gazet i rzeczy, natomiast później trzeba to poukładać, zrobić konkretny plan książki, zamknąć to w składnej formie, by miało to wszystko ręce i nogi.

A.J. – Czyli to jest jakby trochę zabawa w detektywa?

L.H. – Ta pierwsza część tak. To wszystko jest właśnie takie fajne i emocjonalne. Zwłaszcza jest fascynujące, kiedy uda się znaleźć historię, która powszechnie jest mało znana. Później czas na tę drugą część, czyli jak mówiłem trzeba usiąść i pisać, i to jest ta tzw. „czarna robota”.


A.J. – Czy w planach są tłumaczenia Pana książek na inne języki lub pomysł ekranizacji?


L.H. – Tłumaczeń jeszcze nie ma, ale podpisałem już aneks z Muzą, która będzie szukała wydawcy. Najczęściej dzieje się to na rozmaitych targach książek. I może tłumaczenia w przyszłości się pojawią.


A.J. – Przed wydaniem Sedinum miał powstać portal o historii miasta, czy myślał pan, aby wrócić do tego projektu?


L.H. – No właśnie Sedinum miało być pierwotnie portalem o historii i tajemnicach Szczecina i to się tak przeistoczyło w książkę. Założyłem na tamte potrzeby wówczas adres www.sedinum.pl i on do tej pory istnieje, pusty, bo jednak do dziś nie został uruchomiony. Jego rolę niejako przejęła tablica na Facebooku, która funkcjonowała przez długi czas jako właśnie strona dot. tajemnic Szczecina, dopiero później napisałem tam, że wydałem książkę. Obecnie trochę zmienił się jego charakter. Przejęło go Wydawnictwo, które umieszcza tam reklamy. Trochę boję się, że jest to źle odbierane, bardziej marketingowo. Ale niestety, takie są reguły rynku.


A.J. – Skupmy się na Szczecinie. W jednym z wywiadów powiedział Pan, że widzi ogromny potencjał w naszym mieście. Rozwinąłby Pan tą myśl?


L.H. – Szczecin owszem ma potencjał. Na przykład pod względem geograficznym. Zauważmy jak blisko jest od nas do Berlina i morza to wszystko składa się na ten potencjał, o którym mówi się przeszło 40 lat i którego do tej pory nie wykorzystywano. Ale teraz, coś zaczyna się dziać i to przynajmniej widać, że jakaś energia pojawiła się w mieście, że inaczej się tutaj teraz mieszka i więcej organizuje się tutaj rozmaitych imprez. Tę nową energię widać zarówno w sztuce i kulturze, jak i w architekturze. Powstają nowe budynki, które otrzymują wiele nagród i to są takie rzeczy, które pchają to miasto. Fakt, że miasto dwa razy pod rząd dostało najważniejszą nagrodę architektoniczną na świecie, za Filharmonię, a ostatnio za Muzeum Przełomów to jest to gigantyczna reklama. To jest jak żagiel rozpięty nad miastem, który ciągnie Szczecin ku lepszemu. Podobnie zadziałały, fantastycznie zrobione pierwsze The Tall Ships Racers w 2007 r. Pamiętam, że wszyscy wróżyli straszną klapę temu przedsięwzięciu, bali się, że będzie to kompromitacja, a to było coś nieprawdopodobnego.

A.J. – A co Pan sądzi z punktu widzenia architekta o naszej Filharmonii? Zdania wśród mieszkańców są podzielone.

L.H. – Ja mam pozytywne odczucia, mi się osobiście ona podoba. Wnętrze jest fantastyczne z tymi schodami i białym wnętrzem. Z zewnątrz także jest fajna. Tyle tylko, że ja oceniam ten budynek jako architekt. Nie zastanawiam się czy pasuje do tego miejsca, w którym powstała czy nie, tak jak to robią laicy, którym się wydaje, że sąsiedztwo historycznych, stylizowanych gmachów musi narzucać ten sam język architektoniczny nowej zabudowie. Filharmonia akurat bardzo dobrze wypełnia to miejsce. Nie chciałbym zanudzać, ale są pewne określone zasady w konserwacji zabytków. Niezależnie czy projektuje się nowy budynek czy działa w kontekście historycznej zabudowy trzeba kierować się wytycznymi konserwatorskimi. Jedną z głównych zasad paradoksalnie, jest unikanie rekonstrukcji. Unika się odtwarzania obiektów, które przestały istnieć, a co do których nie zachowały się dokładne materiały ikonograficzne. Dodatkowo rekonstruuje się najczęściej budynki, które miały jakieś znaczenie historyczne, kulturowe lub emocjonuje – jakieś pomniki wielkich wydarzeń. Dawny budynek filharmonii, który stał tutaj przed wojną, to był owszem piękny budynek, który dobrze wygląda na zdjęciach, ale sam w sobie nie był na tyle wartościowy, aby go odtwarzać i nie dać szansy temu miejscu, aby powstało coś fajniejszego.


A.J. – Czego brakuje w Szczecinie? Czy nie stajemy się trochę miastem centrów handlowych?


L.H. – Niestety to jest ten błąd, który został popełniony przez włodarzy Szczecina, że wpuściliśmy do miasta wielkie galerie handlowe. Już wcześniej zwracali na to uwagę architekci, że tego typu miejsca w centrum miasta wysysają ludzi z ulic i to nastąpiło. Dawniej na ulicach było mnóstwo sklepów, chociażby na Wojska Polskiego, Krzywoustego czy na Jagiellońskiej. Wszystkie te miejsca, gdzie były niegdyś księgarnie i knajpy, pozamieniały się w banki i po godzinie 18 nikogo tam nie ma, a ludzie chodzą do galerii i tylko tam się przechadzają. Galerie handlowe zaczęły pełnić rolę rynków staromiejskich, a to jest bardzo złe, to jest mordowanie miasta. I to się już stało i musimy teraz z tym jakoś żyć. Na szczęście istnieje taka nieformalna zasada, że galeria handlowa zyskuje tylko przez pewien czas wzięcie u ludzi, którzy nie są jej klientami, a chodzą tam by chodzić, a potem to się po prostu nudzi, a ludzie zaczynają wracać na ulice. Tak stało się, choćby z Carrefourem na Turzynie, który już nie jest tak modnym miejscem jak kiedyś. Niestety, centra handlowe wciąż się rozbudowują, a z ulic nadal znikają księgarnie czy kawiarnie, które są nie do utrzymania ze względu na ceny czynszów i konkurencje wielkich galerii handlowych. Łatwiej jest utrzymać taki lokal w galerii niż na ulicy, bo klient i tak będzie.


A.J. – W ostatnim czasie, pokuszę się o stwierdzenie, że również dzięki Pana książkom rozkwita literatura naszego regionu. Pojawia się coraz więcej publikacji nie tylko stricte historycznych. Coraz więcej naszych regionalnych autorów osiąga sukcesy. Szczecińska literatura prze do przodu.


L.H. – Oczywiście, oceniam to bardzo pozytywnie, z tym, że już wcześniej czytałem dużo na temat Szczecina, jakieś książki historyczne, dokumentalne i również beletrystykę, której pojawiało się jednak rzeczywiście dużo mniej. Nie sprzyjało jej także, że wydawana była najczęściej przez niewielkie wydawnictwa, które nie były w stanie zapewnić siły przebicia i reklamy, w efekcie książki lądowały na najniższych półkach naszych księgarń. Takie są prawa rynku, ze duże wydawnictwo, które ma pieniądze, może taką książkę lepiej promować. I to jest ta różnica. Ja miałem to szczęście, ze trafiłem do Muzy.

Natomiast, faktycznie, książek o Szczecinie powstaje coraz więcej. Miałem ten zaszczyt, że poznałem na spotkaniach autorskich szczecińskich pisarzy. Trzeba zwrócić uwagę na to, że Szczecin staje się fajnym tłem akcji, coraz więcej się u nas dzieje. Gdy pisałem Sedinum, to postawiłem sobie cel, żeby pokazać, że Szczecin jest takim miejscem, które jest ładne, fajne i kropka! (śmiech) Jest to świetne miasto, w którym dobrze się mieszka. Bo w wielu książkach publikowanych wcześniej, Szczecin był takim miejscem, gdzie jest marazm, biadolenie, że poniemieckie, niczyje, ulice brudne, że się z niego po prostu ucieka, ze jest zbyt dużo prostytucji i przestępczości. Efektem tego było na przykład, pokutujące poza granicami Szczecina przekonanie, że jest tutaj niebezpiecznie i że się dzieje. Ja chciałem zerwać z tą narracją.

A.J. – Czyli zerwał Pan, jakby klamrę stereotypów wiszących nad Szczecinem?

L.H. – Tak, dokładnie tak miało być. Pokazać miasto w dobrym świetle.


A.J. – Jak zmieniało się Pana postrzeganie Szczecina podczas pracy nad obiema książkami?


L.H. – Podczas pisania niespecjalnie się zmieniało, natomiast bardziej podczas pracy projektowej, bo wcześniej to, co mówiłem, że Szczecin był miastem, w którym było mało energii. Mało się działo, powstawało znacznie mniej odważnych realizacji, czy konserwacji. A teraz tego jest znacznie więcej. Mamy nowych klientów, projektów, to raczej pod tym względem oceniam Szczecin.

A.J. – A jak pracuje Pan nad książkami?

L.H. – Dość schizofreniczne, gdyż ciągle pracuje jako architekt. To moje główne źródło utrzymania. Gdy zaczynam nową książkę to najpierw jest to śledztwo dotyczące wybranego przeze mnie tematu. Zaczynam przeszukiwać materiały, które do tego pasują i się z nim wiążą. Zaczynam szukać jakiś ciekawych informacji, a potem powstaje fabuła i później konkretny plan powieści, aż rozpoczyna się ta „czarna praca”, czyli pisanie i to jest ten ostatni etap. Obecnie pracuję nad trzecią książką i jestem właśnie na tym trzecim etapie. Przeprowadziłem tzw. research, mam już wszystkie materiały zebrane. Mimo, że teoretycznie mam już zamknięty plan powieści to wciąż znajduje ciekawe materiały, które chciałbym wykorzystać i się z nimi w ten sposób podzielić z czytelnikami.

A.J. – A zdradzi Pan coś o nowej książce?

L.H. – Właściwie tyle, ile zdradziłem wcześniej, bo nie chcę zdradzać za wiele. Generalnie pomysł na nią przyszedł po protestach kobiet w czarnych marszach, stąd nawiązanie do Czarownic na Pomorzu. Może się to wydawać negatywne, ale tak nie będzie. Bardziej chodzi o skojarzenie pewnych mechanizmów, które leżały u podstaw zarówno dzisiejszych protestów jak i niegdysiejszych procesów o czary. A procesy czarownic na Pomorzu są akurat doskonale udokumentowane. Dużo jest historii mrocznych, strasznych, tragicznych, ale po upływie czasu jaki minął od tamtych wydarzeń, także pasjonujących.


A.J. – Architekt, konserwator zabytków, autor książek, a prywatnie?


L.H. – Jakiś czas temu dużo jeździłem konno. To była moja pasja. Teraz niestety, z braku czasu rzadko mam ku temu okazje. Musiałem się także niestety pozbyć konia. W wolnym czasie dużo biegam, jeżdżę na rowerze, aby zachować formę, a poza tym moją pasją teraz jest też pisanie. Poszukiwanie tematów, szperanie w różnych źródłach to stało się obecnie moją pasją.


A.J. – Zawsze chciał być Pan architektem czy ta droga była wcześniej zupełnie inna?

L.H. – Najpierw, właśnie paradoksalnie chciałem iść po liceum na polonistykę, ale rodzina wybiła mi to z głowy, dlatego też poszedłem na architekturę, z racji też tego, że zawsze potrafiłem malować i miałem też zdolności manualne.

A.J. – I jeszcze na koniec. Jakie książki Pan czyta?

L.H. – Teraz czytam książkę o zabarwieniu obyczajowo – sensacyjnym, właściwie jest to dramat – „ Małe życie” autorstwa Hanya Yanagihara.

Książka jest strasznie ciężka, jest nawet grubsza od Sedinum, opowiada o tematach bardzo trudnych i tragicznych, ale właśnie staram się z nią uporać.


A.J. – Mogę prosić o tradycyjne słowo dla czytelników?

L.H. – Pozdrawiam wszystkich czytelników, mam nadzieję, że równocześnie czytelników moich książek, a przynajmniej przyszłych. (śmiech)

Dziękuję za rozmowę.

Anna Jakubczak

Wywiad ukazał się również na łamach Magazynu Horyzont.

RSS
Facebook
Facebook
Google+
Google+
https://e-tuszem.pl/filharmonia-jest-jak-zagiel-rozpiety-nad-miastem-ktory-ciagnie-szczecin-ku-lepszemu/
PINTEREST
LinkedIn
INSTAGRAM

Anna Jakubczak - (1994) poetka, prozatorka, publicystka, redaktor naczelna Magazynu Kulturalnego Horyzont oraz portalu E-tuszem.pl. Organizatorka spotkań autorskich w Książnicy Pomorskiej i performance'ów artystycznych w Centrum Euroregionu Stara Rzeźnia. Studentka dziennikarstwa i zarządzania mediami na Uniwersytecie Szczecińskim. Od 2016 roku Kandydatka do Związku Literatów Polskich. Współpracuje z Klubokawiarnią Sorrento, Inku Szczecińskim Inkubatorem Kultury, portalem SilesiaYoung, Wydawnictwami: Edgard, Amaltea, Preston Publishing, Axis Mundi, GWP czy Sensus oraz kilkoma polskimi i zagranicznymi organizacjami. W latach 2017-2018 prowadząca audycję Let's Rock! w Akademickim Radiu Pomorze. Reporterka TVP 3 Szczecin oraz Kuriera Szczecińskiego w latach 2015-2017. Swoją twórczość publikowała w wielu antologiach, zarówno w Polsce, jak i za granicą. Jest stałą autorką w cyklu poetyckim The Year of The Poet, wydawanym przez amerykańskie wydawnictwo Inner Child Press pod kierownictwem Williama St. Petersa. Wyróżniona w II i III Ogólnopolskim Konkursie im. Jóżefa Bursewicza O Złotą Metaforę za wiersze Przypinka i Kaprysik. Autorka tomu poetyckiego Ars Poetica (Londyn, 2013), w przygotowaniu kolejny tom Rozmowy nocą oraz powieść Wiatr nadziei.