Samotne rodzicielstwo jest nie lada wyzwaniem, niezależnie, czy jest się samotnym ojcem czy matką. W szczerej rozmowie Anny Jakubczak o swoich doświadczeniach i impulsie do napisania poradnika innego niż wszystkie, Marlena Rytel pisarka, wydawczyni, a przede wszystkim matka.

Anna Jakubczak – Pod koniec zeszłego roku na rynku wydawniczym pojawił się Twój poradnik Jak przeżyć trudne chwile i nie zwariować, co było impulsem do jego napisania?

Marlena Rytel – Faktycznie, to był impuls. Książkę napisałam w miesiąc. Niebywałe! Zainspirowały mnie wszelakiej maści poradniki: Jak przytyć, jak schudnąć, jak zgłupieć, jak zmądrzeć. Do wyboru, do koloru! A gdzie w tym wszystkim poradnik dla samotnych rodziców? Oczywiście, to nie jest typowy poradnik. Raczej zbiór doświadczeń i wskazówek z dużym przymrużeniem oka. 😊

A.J. – Jakie kwestie w nim poruszasz? Co stawiasz na piedestale?

M.R. – Tak jak wspomniałam wcześniej, wszystko w poradniku opiera się na związkach, na samotnym macierzyństwie (ojcostwie również). To jest temat przewodni. I wszystkie tematy oparte na doświadczeniach własnych i bliskich znajomych.

A.J. – Zauważyłam, że nie jest on pisany w stylu typowo poradnikowym, a bardziej żartobliwym, mocno ironicznym. Czy to celowy zabieg wyjścia z zaszufladkowania literatury tego gatunku?

M.R. – Od początku takie było zamierzenie. Jest tyle poważnych poradników! A ja chciałam, choć trochę rozbawić swoje czytelniczki, niezależnie od ich aktualnej sytuacji. Chciałam pokazać, że nawet trudne chwile można przejść z uśmiechem. Jeśli nie aktualnie, to na pewno po jakimś czasie nasze doświadczenia będą traktowane z humorem. Mnie chyba mój optymizm i poczucie humoru ratowały z najtrudniejszych opresji i przeżyć. A bywało naprawdę ciężko.

A.J. – Pomówmy teraz o rodzicielstwie. W swoim poradniku, jak wspomniałaś, poruszasz temat samotnego rodzicielstwa. Wiele kobiet, które znajdują się w tej sytuacji nie wie, jak sobie poradzić, często boją się, że będą skazane jedynie na siebie. Jakie masz dla nich rady?

M.R. – Mimo bogatego doświadczenia życiowego, nie czuję się kompetentna do udzielania rad komukolwiek. Każdy z nas jest inny, ma inną psychikę, inne możliwości finansowe, mieszkaniowe, rodzinne. Jeden pójdzie dalej, jak burza, inny załamie się i popadnie w depresję. Ja należę do tych silnych psychicznie. I choć bywałe sytuacje naprawdę trudne, które powodowały najczarniejsze myśli, to jednak zaraz podnosiłam się i szłam dalej. Dla dzieci. Może gdybym ich nie miała załamałabym się szybciej? Nie wiem…

A.J. – Ty również doświadczyłaś bycia samotną matką. Jak sobie radziłaś?

M.R. – Bywało naprawdę ciężko. Jednak mam to szczęście, że zawsze otaczali mnie życzliwi ludzie, na których mogłam liczyć, nawet nie prosząc o pomoc. Sami wychodzili z inicjatywą. Ale to nie tak, że wszyscy mi pomagali, a ja tylko zacierałam ręce z radości. Czasem trzeba było wybrać między wydatkami na jedzenie, a np. nowymi butami dla dzieci. Wakacje to był dla mnie koszmar. Nie miałam co zrobić z dziećmi, w związku z tym musiałam na dwa miesiące zwalniać się z pracy. Albo pracować na nocne zmiany. Gdy mieszkałam z moją mamą, w nocy zostawały z nią, w dzień ze mną, gdy wracałam do domu. Czasem pracowałam na dwa etaty, głównie sprzątanie, bo to była praca, która pozwalała na sporą elastyczność. Czyli posprzątałam i mogłam wrócić do domu lub biec do następnej pracy. Czasami wstawałam o drugiej nad ranem, aby na trzecią rano pojawić się w biurze, w którym sprzątałam do szóstej rano. Później wracałam do domu, szykowałam dzieci do przedszkola, szkoły, i albo kładłam się jeszcze na chwilę, albo jechałam do następnej firmy. Gdy wszystkie moje dzieci poszły już do szkoły, zaczęłam pracować w administracji w jednym ze szpitali. Były już na tyle duże, że spokojnie mogły same chodzić do szkoły. Młodsza jeździła ze starszym bratem. Po pracy odbierałam ją ze świetlicy, po czym właściwie od razu zawoziłam młodszego syna na treningi piłki nożnej. Wracaliśmy ok. dwudziestej. Bywało tak, że wychodziłam po szóstej rano z domu i wracałam dopiero o dwudziestej pierwszej. W międzyczasie wpadałam tylko na chwilę po syna i jechaliśmy na wspomniany trening. To był prawdziwy hard Cor. Do dziś zastanawiam się, jak udało mi się przeżyć 😊

A.J. – Niewątpliwie, kiedy pojawia się rozłam rodziny lub z innego powodu brakuje któregoś z rodziców, cierpią na tym szczególnie dzieci. Jak one sobie z tym radziły? Jak rozmawiać z dziećmi o w tak trudnym dla nich czasie? Wyjaśnić, co się stało? W jaki sposób dać wsparcie?

M.R. – No, te pytanie nie powinnaś kierować do mnie, tylko do psychologa 😊 Popełniłam masę błędów jako rodzic. Nigdy chyba nie rozmawiałam z dziećmi na podobne tematy. Zresztą, moje dzieci były mądre i nie musiały o nic pytać. Rozumiały sytuację. Pewnie, że było im ciężko. Ale doceniały i doceniają moje wysiłki i starania, aby zapewnić im wszystko co najlepsze, w granicach możliwości finansowych. A te były bardzo ograniczone.

A.J. – Mówi się wiele o samotnych matkach, jednak nie są rzadkością również samotni ojcowie, którym jest równie trudno. Jednak mam wrażenie, że są oni nieco bagatelizowani.

M.R. – Widzisz, a ja mam inne zdanie na ten temat. Nie wiem, czy zwróciłaś uwagę na to, że z samotnego ojca robi się bohatera, niezłomnego, i prawie świętego, tylko dlatego, że wychowuje sam dzieci. Nawet potknięcia wybaczamy szybciej. I związki z kolejnymi kobietami. Samotna matka jest niejako pod obstrzałem. Jeśli się z kimś spotyka, to lafirynda i wyrodna matka. Jeśli walczy o alimenty, to robi się z niej pazerną harpię, chcącą wyrwać pieniądze od biednego faceta. Nie wiem, na paznokcie, czy fryzjera…Uważam to za wielce niesprawiedliwe. A przecież samotny ojciec i samotna matka robią dokładnie to samo: zajmują się własnymi dziećmi, sprzątają, piorą, gotują, zarabiają na ich utrzymanie.  Dlaczego zatem jednych umieszczamy na piedestale, a drugich nie?

A.J. – Przejdźmy do związków. Wiele kobiet, ale i też mężczyzn utrzymuje związki dla dobra dzieci, nawet, jeśli są one toksyczne lub występuje w nich przemoc, zarówno psychiczna, jak i fizyczna. Czy nie jest to swojego rodzaju pułapką? Czy lepiej tkwić w mentalnym więzieniu, czy rozstać się?

M.R. – Mogę Ci powiedzieć, co ja bym zrobiła. Mianowicie, nigdy nie tkwiłabym w nieszczęśliwym związku dla dobra kogokolwiek, a już na pewno nie dla dobra dzieci. Co to za dobro, jeśli dziecko codziennie patrzy na przemocowego rodzica? Jeśli kocham, robię wszystko, aby uczynić dziecko szczęśliwe. Nawet za cenę samotności i braku faceta. Na facecie świat się nie kończy. Zwłaszcza na nieodpowiednim facecie. Na świecie jest tylu wspaniałych mężczyzn, że nie warto marnować sobie i dzieciom życia dla kogoś, kto nie szanuje ani Ciebie, ani dzieci.

A.J. – Czy to rzeczywisty strach o dobro dzieci, czy własny przed tym, jak sobie później poradzą?

M.R. – Nie wiem. O to trzeba zapytać kobiety, które tkwią w takich związkach. Być może wpajano im przez lata, że bez niego są nikim, nie poradzą sobie, są do niczego. I boją się zmienić coś w swoim życiu. No bo skoro on mówi, że ona to kretynka, to może faktycznie tak jest? Tylko że one muszą pamiętać o jednym, facet świadomy siebie i swojej męskości, nigdy nie będzie poniżał drugiej osoby, aby się dowartościować. Być może widzi, że ona nie jest jednak taką kretynką, że wręcz odwrotnie. Jest sto razy mądrzejsza od niego? Tylko zakompleksieni i niepewni siebie ludzie poniżają innych, aby samych siebie dowartościować.

A.J. – Większość z nas marzy o kochanym partnerze, stabilnym życiu, itd.  Jak uważasz, dlaczego wchodzimy w toksyczne relacje, które są przeciwieństwem tych marzeń?

M.R. – Myślę, że w dużej mierze ma to związek z naszymi relacjami w domu rodzinnym. Kobieta, której potrzeby emocjonalne nie zostały w dzieciństwie zaspokojone, nie była akceptowana, etc ma większe szanse na związek z toksycznym partnerem. Za wszelką cenę szuka miłości i akceptacji, a toksyk potrafi dostrzec te potrzeby i je zaspokoić. Przynajmniej na początku.

A.J. – Co jest zatem wabikiem narcyzów, toksyków i im podobnym, że tak łatwo im ulegamy?

M.R. – Tak jak mówiłam przed chwilą, zawsze wabikiem jest kobieta niepewna siebie, zakompleksiona i spragniona atencji. Oni chyba mają jakiś radar w sobie, bo na kilometr wyczuwają takie uległe sierotki. Nawet, jeśli na pierwszy rzut oka kobiecie niczego nie brakuje: Jest wykształcona, piękna, mądra. Cóż, w środku już tak różowo może nie być. A to jest młyn na serce toksyka i narcyza. Wyczuwa ofiarę z daleka.

A.J. – I na koniec – jakie masz przesłanie dla naszych czytelników?

M.R. – Nigdy się nie poddawaj, nawet jeśli w danym momencie nie widzisz wyjścia. Skąd wiesz, co Cię spotka za chwilę? Jutro? Za miesiąc? Życie bywa bardzo nieprzewidywalne i pełne niespodzianek (zwłaszcza tych pozytywnych). Jestem tego żywym przykładem.

RSS
Facebook
Facebook
Twitter
Visit Us
PINTEREST
LinkedIn
INSTAGRAM
Share: