Morze było dość spokojne. Bałtycka bryza dodawała chłodu i tak zimnej plaży. Mewy zataczały kręgi, donośnie piszcząc. Siedziałam w kucki na starym plażowym ręczniku. Na tym samym, na którym siedziałyśmy wraz z Iwoną niemal każdej soboty, rozmawiając. Był to nasz rytuał, niemal dwudziestoletni. Ile rodzinnych tajemnic, sprośnych dowcipów i plotek skrywają jego nitki, tego nikt nie jest wstanie policzyć. Przez ten szmat czasu, może z kilka razy musiałyśmy odkładać nasze spotkania, które zawsze starałyśmy się nadrabiać. To była nasza odskocznia w dzieciństwie od rodziców, szkoły, przyjaciółek czy adoratorów, później od uczelni, pracy, opieki nad dziećmi i mężów. W porze wiosny i lata układałyśmy nasz koc na piasku, zaś jesienią i zimą na pobliskich ławkach przy ścieżce, były może bardziej oddalone od morza niż nasza wydma, ale i tak widok był równie piękny. Brałyśmy ze sobą gorącą czekoladę i parę kanapek. Niestety, obie byłyśmy łasuchami. Nadal pamiętam jak smakowały, gdy spożywałyśmy je razem. Dziś też takie robię z łososiem i tabasco, ale bez Iwony to nie jest już ten sam smak. To takie dziwne, że ta sama przekąska inaczej działa na podniebienie, gdy mamy kogoś obok, a inaczej, gdy zostaje po tej osobie tylko wspomnienie.

Nie była to zwykła sobota. A data, która na wieki została naznaczona piętnem śmierci. Śmierci Iwony. Tym bardziej starałam się wyczuwać obecność cząstki jej duszy w tym co mnie otaczało. Łączyła nas więź, którego nic nie jest w stanie rozerwać.

Wiatr machał moim bawełnianym szalikiem, sięgnęłam po termos z czekoladą. Wzięłam niewielki łyk, by nie sparzyć języka, w moich ustach rozprowadził się słodko-czekoladowy smak.

– Pamiętasz, jak dolewałyśmy do niej adwokata   – szepnęłam w stronę morza z   uśmiechem, biorąc kolejny łyk.

Odpowiedziała mi jedynie cisza i stoicki spokój Bałtyku. Poczułam ciepło od środka. Zmrużyłam nieco oczy, wyobrażając sobie, że na morskiej tafli stoi postać otulonej mgłą nimfy w białej sukience i rozpuszczonych włosach, targanych wiatrem. Obraz Iwony.

– Nie mam go dziś przy sobie, ale ustalmy, że na niby jest w czekoladzie. Za Twoje zdrowie! – znów szepnęłam do Morza, podnosząc kubek od termosu w geście toastu.

Powoli mój abstrakcyjny obraz nimfy zaczął znikać. Szare niebo wyglądało jak świeżo narysowane i zapełnione węgielkiem od ołówka H10. Liście pobliskiej roślinności kołyszą się na boki, jakby wsłuchane w muzykę Sinatry.

Nie była to pora turnusowa, stąd plaża była praktycznie pusta. Nikt nie spacerował z rodziną czy psem, nawet młodzi kochankowie woleli ciepły kąt niż spacer w taką pogodę. Żadnego ratownika na miejscu obserwacyjnym. W oddali wracał do portu z Ystad prom, którego armatorem była firma Unity Line.

Tylko morze i ja. Siła natury przeciw słabości człowieka. Refleksyjna inspiracja dla współczesnych impresjonistów. Nic, tylko chwycić płótno canvas i dobry pędzel, aby zapełnić je plamkami spoczywającej na plaży żywej materii. Czasem chciałabym, cofnąć się do którejś z dawnych epok, by poczuć na żywo energię bijącą z obrazów Fra Angelico czy Picassa. Móc z boku spoglądać, jak tworzą się dzieła malarskie. Uczyć się, czuć zapach nanoszonych kolorów, móc wzorować się patrząc, jak mistrz subtelnie pociąga pędzlem po płótnie. Inaczej jest podziwiając to w książce, Internecie czy galerii a inaczej, gdy jest się naocznym świadkiem malarskiego procesu tworzenia.

Znów pochłonęła mnie moja refleksyjna natura, na tyle, że przez moment zapomniałam o Iwonie. Wiatr nosił w swoich ramionach zapach wilgotnego piasku i morskiego natchnienia, była to kojąca mieszanka. Dla mnie inna jest w każdym miejscu, ponieważ związana jest nie z terenem, a wspomnieniami człowieka. Ta, była mi najbliższa, niezmiennie od lat. Dziewicza. Taka “moja” już od samych narodzin. Dotykając nozdrzy, jakby abstrakcyjnie włączała przycisk “play”, by za chwile w kinematografii powracały do mnie mniej i bardziej odległe chwile. Tak jestem romantyczką.

Iwona pewnie wyśmiałaby moje rozważania. Zawsze uważała mnie za inną, ironicznie nazywała “natchnioną artystyczną duszą”. Cóż, chyba naprawdę taka byłam i niezmiennie jestem do dziś pomimo tylu lat… Ech… typowy sangwinik. Byłyśmy tak podobne fizjonomicznie, a tak inne osobowościowo. Nawet nie domyślałam się jak bardzo… ale to już musiało pokazać życie. I nieszczęsny dzień 15 października 2011 roku.

Wyjęłam z torby przyszykowany notes z wetkniętym długopisem i zaczęłam pisać szkic. Szkic tego, co stanie się jedyną pozostałą pamiątką po Iwonie. I może kiedyś, trafi do rąk osoby, która postara się zrozumieć to, co się wydarzyło…

 

RSS
Facebook
Facebook
Twitter
Visit Us
PINTEREST
LinkedIn
INSTAGRAM